Opowieści różnej treści

W tej zakładce będziemy opisywać nasze własne wyjazdy do Hiszpanii, nasze wrażenia, nasze wspomnienia, to co nam się szczególnie podobało a co być może nas rozdrażniło. Nie ma to być poradnik ani przewodnik turystyczny, raczej taki nasz rodzinny „pamiętnik” podróży.

Jedzenie w Hiszpanii

Ten rozdział będzie pewnie wydłużał się do nieskończoności, biorąc pod uwagę kuchnię śródziemnomorską oraz fakt, że oboje lubimy dobrze zjeść. Dobrze nie znaczy za dużo, nie znaczy też bardzo wykwintnie. Lubimy klimatyczne restauracje, gdzie można zjeść miejscowe specjały za rozsądną cenę. Omijamy miejsca, gdzie roi się od turystów, a kelnerzy nastawieni są na szybką konsumpcję. W Hiszpanii nie brakuje starych, rodzinnych restauracji, w których to szef wita gości, a wino do obiadu jest darmowe. Pierwszym lokalem, który opiszę i do którego odwiedzin zachęcam, jest restauracja Patio Andaluz znajdująca się w Torrevieja przy głównej ulicy Escorpiones, obok McDonalda. Trafiliśmy tu dzięki pewnej Polce, która poleciła nam regionalną kuchnię Hiszpańską właśnie w tej restauracji.

Patio Andaluz czynne jest od marca do listopada. Zimą jest zamknięte, jak wiele lokali na Costa Blanca. Warto tam przychodzić w porze lunchu, czyli koło 13:00-15:00 ze względu na niższe ceny. Prosimy o tzw. „menu dal dia”, co znaczy „menu dnia”, a składają się na nie przystawka, danie główne oraz deser i napoje (wino również). Koszt takiego zestawu dla jednej osoby to zazwyczaj 10 Euro, w weekendy jest drożej.

Zaraz jak usiądziemy kelner przynosi świeżą bagietkę z miseczką sosu aioli. Już tym można się najeść, bo bardzo dobrze smakuje. Popijamy czerwonym, wytrawnym winem nalewanym z beczki do karafki. Restauracja oferuje urozmaiconą kuchnię i dla każdego coś się znajdzie. W porze wieczornej zawsze jest mnóstwo ludzi i nawet poza sezonem zdarza się, że nie ma gdzie usiąść. Często są tam pokazy tańca flamenco oraz koncerty gitarowe.

Na wybrzeżu Costa Blanca bardzo popularne są chińskie restauracje o nazwie WOK. Przy niemal każdym centrum handlowym znajdują się tego typu restauracje. Dla osób lubiących kuchnię azjatycką czy orientalną polecam te miejsca, warto choć raz spróbować ich menu. Plusem jest jednorazowa zapłata wynosząca od 6 do 10 Euro, uprawniająca do wielokrotnego korzystania z bufetu. Minusem są wygórowane ceny napoi i konieczność zamawiania ich. Mimo wszystko jedzenie jest świeże i całkiem smaczne, a do tego przystosowane dla Europejczyków, czyli niezbyt ostre. Różnorodność potraw powoduje, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Kolejną wartą polecenia restauracją jest Meurda la Pasta w La Zenia Bulwar, na drugim piętrze. Muszę przyznać, że pomysł bufetu z bezpiecznym małpim gajem dla dzieci jest trafiony w dziesiątkę.  Jest to miejsce, gdzie ludzie jedzą znacznie ponad miarę, widać taka wielu natura. Różnorodność jedzenia przyprawia o zawrót głowy: wiele odmian pizzy, spaghetti, bary sałatkowe, specjalne menu dla dzieci, przypominające McDonalda kurczaki oraz kilka różnych potraw mięsnych i rybnych. Do tego wszystkiego niezliczona ilość deserów, piwo lane oraz kilka rodzajów wina z beczki. Dzieci się wyszaleją, zmęczone zjedzą, a dorośli się zmęczą jedzeniem, bo nie wierzę, by ktoś tutaj zaspokoił się jednym czy dwoma podejściami do bufetów. Reasumując, z dziećmi warto przyjść, bez dzieci też. Nie jest to kuchnia Hiszpańska, ale warto. Wejście kosztuje około 8 Euro jednorazowo, a wszelkie napoje również w cenie.

patio andaluz lasagne la zenia bulvard OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

DSC_3450 DSC_3451

 

 

 

 

 

 

San Miguel de Salinas

Apartament Lomas Del Golf leży w pobliżu miasteczka. Samochodem jest to 5 km drogi między gajami pomarańczowymi i cytrynowymi. Mieszkając w apartamencie często chodzę z naszym psem na step, który zaczyna się za rogiem. Praktycznie po kilku minutach od wyjścia jestem w zupełnie innym świecie. Tamtędy także można dojść do miasteczka, co raz z Olą przez przypadek uczyniliśmy. Wyszliśmy rano na spacer z Belialem i zaczęliśmy włóczęgę po ogromnym stepie. Pisząc o jego ogromie nie chcę przesadzić, ale my miastowi przyzwyczajeni jesteśmy do mniejszych przestrzeni. W każdym razie dla nas step jest duży, jego roślinność stanowią różne odmiany kaktusów i inne małe rośliny, które prawie wcale nie potrzebują wody. Dla naszego psa nie ma piękniejszego miejsca na ziemi niż to… Może biegać bez końca i cieszyć się taką wolnością. Mnie też się tam bardzo podoba i mam nadzieję, że nie zostanie szybko zabudowane nowymi apartamentowcami. Wracając do naszej wycieczki – szliśmy i szliśmy i miasteczko widzieliśmy już blisko. Nagle naszym oczom ukazał się głęboki, stromy kanion, który musieliśmy jakoś obejść. To zajęło nam godzinkę dodatkowego spaceru. Nieco zmęczeni słońcem dotarliśmy do miasteczka, siedliśmy przy jednej z knajpek i postanowiliśmy zadzwonić po Dorotkę, by po nas przyjechała. Chwilę później zaczęło się robić coraz głośniej i głośniej. Marsz rycerzy w rzymskich zbrojach przemaszerował obok nas. Sącząc zimne piwko oglądaliśmy przemarsz. Były to święta Wielkanocne i w prawie całym miasteczku zablokowano ruch samochodowy, wiele miast tak robi w czasie fiest. Co kraj to obyczaj.

W miasteczku San Miguel znajduje się moja ulubiona piekarnia, do której każdego ranka jeżdżę. Oprócz tego jest tam kilka barów tapas oraz restauracji. Stare miasto warto zobaczyć, choć dla mnie zdecydowanie ciekawsze są  widoki na salinasy, czyli słone jeziora. Przetwarzana jest tam sól i z pobliskich dróg można zobaczyć wielkie, białe zwały. Woda solanek ma kolor czerwony lub biały od soli. Bardzo często broczą w nich flamingi, których różowy kolor podobno związany jest ze spożywaniem przez nie minerałów solnych.

san miguel san miguel2

okolica3 okolica6

 

 

 

 

 

 

Villamartin

Z naszego apartamentu można przejść się do centrum rozrywki Villamartin Plaza. To taki specyficzny obiekt na wzór Koloseum, z zewnątrz niemal niezauważalny, a mieszczący około 40 restauracji i barów. Wiele z nich jest nastawiona na regionalne mniejszości narodowe, jak np. puby irlandzkie czy angielskie. Pośrodku jest plac z ogromną ilością krzeseł i stolików. Rosną tam sporych rozmiarów palmy otoczone fontannami. Można wybrać się tam wieczorem na drinka lub kolację albo zjeść lunch w południe. Na parterze od strony ulicy znajduje się bardzo dobrze zaopatrzony sklep samoobsługowy, jednak bardziej bym go postrzegał jako delikatesy. Na dodatek ma wyższe ceny niż markety jak Consum czy Mercadona.

villamartin

 

 

 

 

 

 

Stadnina koni

Obchodząc osiedle ulicą los Pinos dojdziemy do stadniny koni. Główne wejście znajduje się od drugiej strony i tam też można dowiedzieć się wszystkiego w sprawach wycieczek konnych oraz jazdy na kucykach. Często chodząc na spacer z psem widuję ludzi na koniach, ale więcej na ten temat (odnośnie cen itp.) nie wiem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

okolica okolica2 okolica4 okolica5

Październik 2016

W tym roku naszą jesienną podróż do Hiszpanii zostaliśmy zmuszeni odbyć ponownie autem z Polski. Przyczyna prosta i banalna: nie mieliśmy z kim zostawić naszych psiurów, albo raczej nie chcieliśmy ich zostawiać???… Pewnie jedno i drugie po trochu… Generalnie chodziło nam o wyjazd w celu naładowania baterii słoneczkiem przed zimą. Ponieważ urlop był zaplanowany tylko na 2 tygodnie, postanowiliśmy większość czasu spędzić w Lomasie, robiąc sobie krótkie wycieczki (obowiązkowo do Jumilla, w celu uzupełnienia zapasów wina i oliwy, skoro byliśmy autem), no i jedną 3-dniową do Andaluzji, do Alpujarra. Dni upływały nam, jak zwykle za szybko, na spacerach po plaży, po stepie, leżakowaniu przy basenie, pływaniu (codziennie obowiązkowo 60 basenów) oraz pichceniu – nie mogliśmy się najeść owoców morza – właściwie przez 2 tygodnie tylko raz jedliśmy mięso – i to tylko dlatego że było to cerdo iberico, specjał miejscowej kuchni w górach Alpujarra. Tak więc, aby nie przynudzać, opiszemy tylko naszą wyprawę do Andaluzji.

 

Dzień 1

Jedziemy z Lomasika przez San Miguel de Salinas w góry Sierra Nevada. Wyjeżdżamy rano wypijając w lokalnej hiszpańskiej panaderii  kawusię oraz zjadając podgrzaną neapolitanę z  nadzieniem czekoladowym. Trasa wiedzie autostradą przez Murcję, której nie lubimy, choć nie byliśmy nigdy w centrum, ale kojarzy nam się z tłumem ludzi, a tego unikamy jak tylko można.

Już kiedyś jechaliśmy tą trasą, gdyż jedziemy drogą w stronę Jaen, gdzie w maju kupowaliśmy oliwę, robimy przerwę na zwiedzanie miasteczka a właściwie -miasta Guadix. To stare miasto znane jest głównie z dzielnicy zamieszkanej przez tzw. troglodytów czyli ludzi mieszkających w grotach/jaskiniach wydrążonych wewnątrz ziemi a dokładnie w skałach. Jest tych jaskiń bardzo dużo, co niektóre mega wytworne, wyposażone lepiej niż nie jeden wolno stojący dom. Jedną jaskinię zwiedzamy, muszę przyznać że o wiele lepiej to wygląda jednak z zewnątrz. W środku bardzo ciasno, pokoiki malutkie zupełnie inaczej niż domek hobbita :-), istotne ile musiało to kosztować pracy ludzkiej w przeszłości, gdyż znaczna większość tych domostw jest zbudowana setki lat temu…

W miasteczku  zostajemy jeszcze na małym piwku, do którego po chwili otrzymaliśmy smażone rybki, chyba zwane sardynkami 🙂 a to znaczy że jesteśmy w Andaluzji, do każdego zamawianego napoju dostaje się coś do przekąszenia… super !! Jedziemy dalej, wjeżdżamy do Granady, ale postanowiliśmy zobaczyć Alhambrę w inny dzień. Jest późno, jesteśmy głodni a korki w mieście, nawet na autostradach, zniechęcają do zjazdu do centrum. Jedziemy więc prosto do Lanjaron, zostało jeszcze około 40km. Trasa dobra, po 20 minutach jesteśmy w Lanjaron, to zacne miasteczko należące do Alpujarry słynie z wód zdrowotnych oraz sanatoriów jak nasza Rabka. Domek, który wynajęliśmy znajduje się 2km od główne dróżki przecinającej miasteczko. Mamy skręcić przy restauracji Meson de Yuego. Skręcamy, ale zatrzymujemy się, będziemy jeść.  Wewnątrz panuje specyficzny klimat a zapach ogrzewanego drzewem pieca jest obezwładniający, siadamy i wdychamy… zimne piwko, zamawiamy coś z czarnych świń… jest pyszne i dużo, cały talerz pysznego żarcia… świeża bagietka, ziemnaczkofrytki i copa de vino tinto…. Mniam. Najedzeni wychodzimy, deszcz zalał i tak już zmęczony życiem (Astą) samochód. Ostatnie 2km trwa w nieskończoność, mega serpentyny i bardzo wąsko… nie wiemy czy trafimy, nie wiemy czy dobrze skręcamy bo są dziwne rozwidlenia a nie ma gdzie wycofać. Mimo wszystko mamy farta, trafiamy bezbłędnie, właściciel z Argentyny- Eduardo wita nas i pokazuje domek, który jest dla nas idealnie skrojony. Spory salon połączony z kuchnią, łazienka z prysznicem i sypialnia. Witają nas w tym zgiełku dwa otyłe labradory, nasze dobermany szaleją, aż całe auto się trzęsie… wypuszczone zaczynają nerwowo poznawać kumpli z podwórka, wygląda na to, że będzie im tu bardzo dobrze. Domek jest wyposażony doskonale, kuchnia posiada co trzeba, jest możliwość nagrzania domku  drewnem w piecyku-kozie. Właśnie  pisząc ten tekst zastanawiam się czy nie za bardzo gorąco tu się zrobiło. Jedyny mankament to brak ciepłej wody chyba że nie odkryliśmy jeszcze jak ją ogrzać 🙂 jutro się wyjaśni (okazało się, że oczywiście jest ciepła woda). Zaczynając pisać nie mogłem skupić uwagi na komputerze widząc przed sobą bezmiar górski. Nie wiem jak to nazwać ale widok rozwala umysł, jest niesamowity. Jutro ma być lepsza pogoda to będzie więcej ciekawostek i foto relacji. Mamy do odwiedzenia kilka miasteczek…

 

 

Dzień drugi

Budzą nas rano psy, jeszcze ciemno ale to normalne w tej części Hiszpanii, o tej porze roku świta około 8 rano a psy zazwyczaj zaczynają męczyć godzinę wcześniej. Pomysłowo więc wypuściłem je by załatwiły potrzeby a  ja zajmuję się zrobieniem kawki. Dzisiejsze śniadanie jest kwestią niewiadomą, bo posiadamy tutaj tylko malutkie ciastka z czekoladowym nadzieniem. Psy wróciły, dostają jeść a my konsumujemy ciastka i szykujemy się na wyprawę, by zwiedzić okoliczne miasteczka. Wyjeżdżamy około 8.30, jedziemy najpierw do Orgivy, która jest pierwsza w kolejności – miasteczko leży niedaleko, ale serpentyny powodują, że jazda trwa niemal pół godziny. Miasteczko jest spore, brak wolnego parkingu powoduje, że jedziemy dalej, następna jest słynna Pampaneira. Miasteczko robi na nas wrażenie, wąskie kamieniste uliczki i bielone domki to symbol wielu hiszpańskich miasteczek, ale w Pampaneira dochodzi górski, bardzo rześki klimat oraz specyficzna budowa domów tzw. tarasy. Wygląda to tak, że idąc po ziemi między domami drepczemy komuś po suficie a nad nami jest taras kolejnego domku, robi to niesamowite wrażenie. Pniemy się w górę, muszę przyznać, że wzniesienia są znaczne i starszym ludziom musi to przysparzać nie lada kłopotu, by poruszać się w takich warunkach podczas deszczu czy śniegu. Niektóre uliczki są mokre a przez niektóre środkiem w specjalnie wyżłobionym korycie spływa woda. W lecie ma to za zadanie schładzać kamienne posadzki ale dzisiaj utrudnia spacerowanie. Weszliśmy na szczyt Pampaneiry, widok zapiera dech w piersiach, jest piękny, schodzimy powoli w dół posznupać w wielu sklepikach z rozmaitymi regionalnymi Alpuharrowymi przysmakami oraz rękodziełem, z czego też region słynie. Żonka wybrała bardzo ładne dywaniki zwane tutaj jarapas, są prześliczne, ręcznie robione i dość tanie, gdyż można je kupić od 7-10 Eur oraz spore dywany w cenach 30-60 Eur. Prócz jarapas sporo ciekawych skórzanych ręcznie robionych torebek, plecaków itp. itd., które również są w całkiem przyzwoitych cenach. Oglądając odcinek Makłowicza w podróży dotyczący Granady szukam sklepiku z regionalnym chorizo oraz serami. Jest ich kilka i muszę przyznać, że bardzo kusząco i pachnąco wewnątrz. Przywitał mnie w sklepie Pepe, który na dzień dobry zaczął przedstawiać rodzaje serów, którymi mogłem się częstować popijając lokalnym winkiem. Okolica słynie z bardzo dobrych miodów, czekolad,  produkowanych w miejscowych fabryczkach o setkach smaków, które są przepyszne. Również wiele smakołyków jest produkowanych z daktyli oraz migdałów. Nie są to moje ulubione produkty, więc bardziej się nastawiłem na kupno miejscowego sera koziego oraz kiełbasy zwanej salcision produkowanej z czarnych świń cerdo iberico. Nabyłem też miejscowe winko oraz słoik oliwek w zalewie paprykowo czosnkowej, Pepe wypił ze mną kieliszek wina Morto i dał mi rachunek, który niestety był dla mnie mega wygórowany. Zapłaciłem jednak z uśmiechem i wróciłem do samochodu, gdzie czekała na mnie Żonka oraz dwa dobermany. Postanowiliśmy jechać do kolejnego miasteczka a był to Bubion, który był słabszą kopią Pampaneiry. Pozostała ostatnia mieścinka Campeneira, tam zrobiliśmy przystanek, poszliśmy napić się zimnego piwka, gdyż pogoda zrobiła się słoneczna i temperatura wzrosła do 19 kresek, tradycyjnie do piwka kelner przyniósł tapas: trochę pieczonych ziemniaków oraz kawałki szynki Jamon iberico. To cudowny zwyczaj obowiązujący w niemal całej Andaluzji. Miasteczko ma super widoki na góry a z jednego tarasu widać było ośnieżone szczyty Sierra Nevada. Jedziemy do ostatniego miejsca na dzisiaj, to Trevelez – najwyżej położone miasto w kontynentalnej Hiszpanii niemal 1600 mnp. Mamy do przejechania 21km ale jedziemy niemal godzinę, wąskie serpentyny potrafią przyprawić o ból głowy i mniej doświadczonym kierowcom odradzam tą przejażdżkę 🙂

W mieście panuje spory ruch turystyczny, wielu turystów z Francji, Niemiec oraz Hiszpanii. Rozglądamy się po mieście słynącym z produkcji szynek. Wiszą one tutaj w dziesiątkach sklepów, knajp, gdzie tylko wolne miejsce na suficie tam wisi jakaś szynka. Znajdujemy duży sklep z miejscowymi produktami, jest troszkę taniej ale dalej drogo. Widać że Alpujarra jest dosyć komercyjnym miejscem i troszkę przypomina mi Tatry pod względem cen za produkty regionalne. Kupujemy tylko chorizo oraz morcilę – to lokalne kiełbaski, które można a wręcz najlepiej obsmażyć na oliwie lub poddać innej obróbce termicznej 🙂 Znajdujemy bar, w którym kieliszek wina i tapas to koszt 1,5 eur, wypijamy, zjadamy i wracamy. Podróż to znowu godzinna przeprawa górska, dojeżdżamy do Lanjaron – miasteczka, nad którym mieszkamy. Robimy obchód, miasteczko się ciągnie dość długi kawałek, ale postanawiamy kupić pieczywo i zjeść w domu. Niestety trwa jeszcze sjesta i musimy 15 minut łazić i czekać. Trasa z centrum Lanjaron do naszego wynajętego cortijo to 2-3km, ale jedzie się strasznie długo, gdyż mocne wzniesienia i słaba jakość nawierzchni powodują, że nasz espace niechętnie się po tym terenie porusza, druga sprawa to bardzo łatwo się zgubić a manewr cofania jest w wielu sytuacjach bardzo niebezpieczny lub wręcz niemożliwy. Docieramy w końcu, kolacja to smażone chorizo na oliwie oraz smakujemy tego co kupiliśmy. Powoli dzień dobiega końca….

 

 

Dzień trzeci, którego nazwałem grande matanza (wielka masakra)

A zaczęło się niewinnie od psiej pobudki, której w Alpujarze nie lubię, gdyż oznacza wyjście z psami w nicość, mówiąc delikatnie: ciemno jest jak w dupie u murzyna i te dwa psy sąsiada, które są przez nasze średnio tolerowane, a których też nie będę widział bo są czarne…. No ale zebrałem się i na kilka minut wyszedłem, by na dłużej wyjść z nimi jak się zrobi jasno. To co nas też drażniło w górach to to, że słońce świeciło w wyższych partiach a w niższych już niekoniecznie, ale tak to jest w górach 🙂 Tak więc zjedliśmy śniadanie i uzbrojeni w mapę oraz nawigację postanowiliśmy zwiedzić Costa Tropical, najcieplejsze wybrzeże Europy. Miejsce niewiele cieplejsze od Costa Blanca, ale 1-2C też robią różnicę, w każdym razie Almeria jest stolicą prowincji o tej samej nazwie a w niej jest najcieplej na naszym kontynencie. Pech rozpoczął się niespodziewanie, moja Żonka wynalazła dwie mieścinki w książce o Andaluzji, które słyną z wina bardzo dobrego i pewnie nie drogiego, co już dla mnie ma ogromne znaczenie, gdyż kupno wina drogo uważam jest zbyt proste jak dla mnie :-), do miasteczka mieliśmy 40km i było na trasie do wybrzeża, więc postanowiliśmy odwiedzić Molvizar, trasa była prosta, łatwa i przyjemna, gdyż jak tylko wyjechaliśmy z Lanjaron można było rozwinąć prędkość powyżej 40km/h i dość szybko minęliśmy tabliczkę z nazwą miasteczka. Nawigacja prowadziła do centrum, więc tak też jechaliśmy pnąc się coraz wyżej, nie zbaczając na coraz węższe uliczki, w pewnym momencie poczułem pierwsze nieprzyjemne mrowienie, gdy nawi kazała mi skręcić w uliczkę, która okazała się być ślepa ale no cóż, udało się wycofać, niestety było coraz gorzej i gorzej, gdyż nasze auto było około 15 cm węższe niż uliczki, którymi jechaliśmy, ludzie po obu stronach musieli się chować we wnętrza drzwi kamienic, które ciągnęły się w nieskończoność. Nie wiedziałem jak wybrnąć z tego i wbiłem w nawigację Lanjaron by wrócić na drogę i uciec z miasteczka. Problem był w tym, że nie mogłem nigdzie zawrócić, w pewnym momencie wjechaliśmy w tak wąską uliczkę, że utknęliśmy na zakręcie, innej opcji nie było. Czułem zimny pot na czole, widziałem strach w oczach Żonki i zdenerwowanie psów, a także gapiące się starsze kobiety patrzące radośnie na mury obdrapane oraz ufajdane lakierami rozmaitych pojazdów…  nasz espace jest wielki, w końcu to grand espace zawsze przez nas wychwalany, teraz chciałem go zmniejszyć chociaż o pół metra nawet sześciennego :-), udało się tylko lekko obrysować klamkę… ale szczęście nie trwało długo, coraz bardziej zdenerwowani szukaliśmy wyjazdu z tego kurwi dołka… ja starałem się być maksymalnie skupiony, w pewnym momencie wjechaliśmy na placyk w którym nawi kazała mi znowu wjechać w zakaz a dwóch starszych panów pokazało ręką na uliczkę, którą mam wyjechać, problem w tym, że kamienice po obu stronach miały niewiele więcej niż szerokość auta z lusterkami, widziałem uśmiechy na twarzach tych przemiłym andaluzów :-), wjechałem ze stoickim spokojem podążając w dół, okazało się, że wyjechaliśmy w szerszą drogę a potem znowu w węższą a następnie w szerszą i jeszcze szerszą i w końcu się udało wyjechać, poczułem się wolny….  We łbie jednak zaczęło mnie łupać,  ale to już było mniej istotne. Radośnie postanowiliśmy pojechać do większego miasta na wybrzeżu, do którego było zaledwie 10km, przyjemna temperatura umożliwiła otwarcie wszystkich okien, jadąc słychać było już niemalże szum morza oraz … piszczenie kółka coraz bardziej oznajmiające, że jest coś na rzeczy. Zatrzymaliśmy się i dotknąłem tylnej prawej alu felgi niemal parząc sobie dłoń…. Wybrałem pierwsze koło ratunkowe – telefon do przyjaciela –  Piotra, który naprawia nam samochody od lat i co do jego fachowości jestem pod wrażeniem. Usłyszałem informację, iż linka hamulca ręcznego (elektrycznego) się zablokowała i by ją spróbować ręcznie odblokować. Nie będę tutaj opisywał moich prób, ale miałem wrażenie, że udało się zażegnać problem. Przejechaliśmy kawałek i stanęliśmy ponownie , by sprawdzić  felgę, okazała się bardzo gorąca i śmierdząca do tego. Chciałem ponownie zadzwonić do kolegi, ale dostrzegłem 100m dalej duży warsztat samochodowy, nic lepszego nie mogło się trafić (tak początkowo myśleliśmy).

W warsztacie nikt nie gadał po UK ale od razu się dowiedzieliśmy, że niebawem zamykają i że nie mają czasu , części i chyba też ochoty itp. itd. Poszedłem pogadać po hiszpańsku i udało mi się załatwić,  by starszy mechanik, dość ważny, spojrzał na koło. Facet przyszedł po chwili z latarką i powiedział, że jak się  zwolni jakieś miejsce w warsztacie to wjedziemy, ufffff. Po około godzinnym oczekiwaniu w końcu wjechaliśmy. Jeden z młodszych mechaników przyszedł z lewarkiem i podniósł tylną część samochodu, po czym stwierdził, że coś jest zepsute bo kółko się nie kręci, drugi młody potwierdził opinię pierwszego :-),  na to w końcu ja im wyjaśniłem, że nie kręci się , bo to automatyczna skrzynia i jest ustawiony P jak parking, który blokuje kółka hehehe :-), znowu przyszedł ważniejszy i kazał wjechać na hydrauliczny podnośnik, który umożliwił podniesienie auta, zdjęto kółko i zaczęło się najgorsze… nikt nie wiedział dlaczemu się nie kręci, zapytano mnie kiedy były wymieniane klocki, mówię że 4-5 miesięcy temu więc hmmm dalej nic. Młody widzę, że ma dość, bo kończy pracę i pewnie ma to w dupie, widzę że gada jeden do drugiego malo esta malo, esta malo to źle tamto źle. Przyszedł najstarszy i kazał wejść do środka samochodu młodszemu, po czym podnieśli go wysoko, dalej słyszę, że do mnie mówi malo malo  i pokazuje palcem na klocki. Nagle najstarszy i najmądrzejszy mechanik krzyknął do tego wewnątrz by włączył i wyłączył hamulec ręczny i tak kilka razy, i widzę jak z uśmiechem mówi, że zepsuta jest linka (co wcześniej sugerowałem) i że ją odłączy – jak tak zrobił to hamulec puścił i ośka zaczęła się obracać, kółko zostało zamontowane i 25 euro zapłacone. W ten oto sposób samochód mógł pojechać w dalszą drogę po niemal 3h spędzonych w serwisie. Muszę przyznać, że poziom stresu zaczął sięgać wyższych poziomów. Podjęliśmy decyzję, że kończymy wycieczkę po Andaluzji i że pakujemy się w Lanjaron i pędzimy do Lomas del Golf. 370km trasy i sprawdzania co 30 minut czy koło nie jest gorące. Na początku było ciepłe ale potem już coraz chłodniejsze. Spakowaliśmy się też szybko i z nakarmionymi psami pojechaliśmy do domku. Udało się nam jeszcze kupić mule i sos pomidorowy z czosnkiem 🙂 mnniiaaaammmm 🙂

 

Maj 2016

Wycieczka do Jumilla

Dzisiejszy dzień ma nie być gorący, gdyż około 23-24C, co zachęciło nas do zwiedzania okolicznych miasteczek. Postanowiliśmy zobaczyć sławne Banos de Fortuna, gdzie znajdują się gorące podziemne źródła, wiele domów w ten sposób ogrzewa się zimą (tak, niektórzy przy temperaturach na zewnątrz rzędu 12-15C marzną 🙂 ) a także wynajmują pokoje albo umożliwiają kąpiele termalne w swoich przydomowych basenach, często mieszczących się w piwnicach ich domów lub osobno dobudowanych małych domkach. Dojeżdżamy do miasteczka, które samo w sobie jest dość zwyczajne, część zwana Banos czyli łazienki jest oddalona o około 3-4 km i tam też się kierujemy. Pogoda jest ładna i przyjemnie sobie pooglądać, tylko nie bardzo jest co, gdyż główna atrakcja jest płatna i dość osobliwie usytuowana, tak że nic nie widać za murami. Wejście dość drogie i w dodatku z psem nie wejdziemy, łazimy dalej. W pobliżu jest camping, również posiadający swoje centrum gorących źródeł, które bardzo dobrze wpływają na wiele dolegliwości osób starszych, których jest tutaj w tym czasie sporo.  Spacer kończymy oglądając ogólnodostępny zaszklony domek, przez który przepływa odsłonięta rzeczka z ciepłą wodą, sprawdzam jej temperaturę i stwierdzam, że bardzo przyjemna, w okolicach 37C.

Jedziemy do następnego miasteczka znanego z uzdrawiających źródeł termalnych. Oglądamy tam skały i pejzaże, jednak z wejścia do środka rezygnujemy z przyczyn podobnych jak w Banos de Fortuna, no trudno…może innym razem poznamy te miejsca bliżej. Teraz kierujemy się do oddalonej o kolejne 60km Jumilli, miasteczka słynącego z wielu bodeg i bardzo dobrych win z tutejszych winnic.

Jesteśmy w Jumilla, temeratura na zewnątrz wynosi 16C i do tego nieprzyjemnie wieje, niebo mocno zachmurzone… to nie Costa Blanca, ta Hiszpania nam się mniej podoba, już drugi raz widzimy, że wjeżdżając w górzyste rejony temperatura się mocno różni od naszej miejscowej przy San Miguel de Salinas. Odczuwalna temperatura jest chyba jeszcze gorsza, mam mocne odczucie zimna, ubieramy się w to co mamy i udajemy się na spacer. Mija jednak 15 minut i zaczynamy się trząść z zimna, jedynie Belial czuje się całkiem dobrze ale przekonujemy go większością do powrotu, po drodze odwiedzamy jeszcze bar, w którym wypijam piwko i ruszamy do centrum, by z auta poznawać miasteczko i szukać miejsca, gdzie można kupić dobre i tanie winko…. Trafiamy bezbłędnie, napis na szyldzie to Venta de Vino, krótka komenda „Maks i pies zostają w aucie” a ja z Dorotką udajemy się do środka. Mała witryna nie zapowiada tego co wewnątrz, jesteśmy w szoku, gdyż jest to ogromne miejsce, sporo beczek i zdecydowanie słyszalna linia produkcyjna butelkowanego winka z metalowych sporych kadzi wygląda imponująco. Rozglądamy się i naprzeciw wychodzi bardzo miła Hiszpanka, która proponuje nam degustację, tylko mamy wybrać co chcemy. Decyzja jest prosta: czerwone wytrawne… Pani po chwili przynosi cztery butelki młodszych win oraz cztery starszych, po czym pokazuje jak należy postępować z pompkami umieszczonymi na każdej z butelek i odchodzi mówiąc że mamy wołać jak będzie potrzebna. Szok powoli mija, degustacja trwa zaczynając od win kilkuletnich oraz tzw. ekologicznych, które nam zdecydowanie nie smakują. Przechodzimy do starszych, roczniki kończą się na 1989, które mnie bardzo smakuje… to my decydujemy ile z każdej butelki nalać sobie winka i czy drugi raz skosztować tego samego czy nie. Po pewnym czasie mamy wybrane dwa rodzaje. Po przybyciu miłej Pani z obsługi ustalamy że smakowały nam te winka ale czy da się je kupić w baniakach lub kartonach, gdyż butelki sporo ważą i nie są wygodne do transportu. Niestety okazuje się że takiej opcji na ma, ale jest inne winko, które pakowane jest w baniakach oraz kartonach, więc postanawiamy przetestować 2-letnie, 3-letnie  oraz 5-letnie winko Rejes, które pakowane jest w różnej wielkości kartony oraz baniaki. Wybór pada na 5cioletnie bardzo dobre winko, które kupujemy w hurtowej ilości i mega zadowoleni pakujemy się do autka.

Wracamy do naszego domku, podróż trwa godzinkę a temperatura rośnie z niemal każdym przejechanym kilometrem, różnica jest taka że cieplej 8-10C jest u nas niż w Jumilla i to nas bardzo cieszy 🙂

DSCN2053 DSCN2052 DSCN2051 DSCN2043 DSCN2041 DSCN2035

 

 

Wycieczka do Elche

Obiecaliśmy Maksowi wyjazd do Rio Safari Elche, leżące właśnie w miasteczku Elche, oddalonym od nas o 40km.  Wyjeżdżamy kole 9 rano, by przed południem zwiedzić zoo. Trasa do Elche jest nam znana, gdyż tak samo się jedzie do Alicante i dopiero blisko miasta jest odbicie. Wjeżdżamy do centrum miasta, w którym nigdy nie byliśmy a robi na nas bardzo pozytywne wrażenie. Generalnie Elche słynie z tego, iż niemal w ścisłym centrum znajduje się park palmowy z niemal 2 milionami palm i jest on wpisany na listę UNESCO, w pobliżu parku palm też jest mnóstwo, właściwie to są niemal wszędzie i chyba rozsiewają się same, gdyż na niemal każdym kawałku wystającej z asfaltu ziemi jakaś palma wyrasta… natomiast w mieście znajduje się znamienita fabryka obuwia skórzanego znanego na całą Hiszpanię i nie tylko… jedziemy jednak dalej szukając bilbordów z informacją jak dojechać do zoo, nic jednak nie potrafimy znaleźć, ale za to znajdujemy informację turystyczną, więc Dorotka się tam udaje. Wraca z mapą oraz kupiła za 3 eur vouchery ze zniżkami 50% na zoo 🙂 okazuje się że do zoo jest 10km w stronę morza, więc śmigamy tam, robi się coraz cieplej i plan jest taki, że ja z Maksem idziemy do zoo a Dorotka z bestią zostają gdzieś w cieniu i poczekają. W kasie Pani nas informuje, że pies do zoo też może wejść 🙂 nie musi mieć kagańca, tylko nie może straszyć papug hehe na co wyrażamy zgodę (nie będziemy straszyć ptaszorów i papug też), znowu szok, do zoo z psem hahaha u nas to niezbyt widzę w kraju, już nie mówiąc o tym, że doberman bez kagańca miałby co chwilę złośliwe komentarze przechodzących ludzi… wchodzimy więc wszyscy, na początek z Maksem wchodzimy do wagonika, którego ciągnie Jeep i zwiedzamy zoo jadąc bardzo powoli. Większość zwierząt ma bezpośredni kontakt z nami, ale nie wykazują zainteresowania. Podróż trwa około 20 minut, bardzo przyjemnie przemykamy kilka metrów od żyraf, strusi, antylop oraz czegoś z wielkimi rogami jakby bawołów. Kolejną część zoo zwiedzamy już piechotą, robi się coraz cieplej, więc postanawiamy wejść do baru, jedynego w zoo. Bar znajduje się przy wielkich klatkach z lemurami, które co chwilę straszliwie hałasują. Kupujemy zimne małe piwko i zwiedzamy resztę. Są pokazy fok, papug itp. Generalnie jak dla mnie – średni obiekt, ale biorąc pod uwagę bliski kontakt ze zwierzętami uważam, że warto było. Dla wybierających się do Rio Safari dam wskazówkę, że znajduje się ono przy Santa Pola, małym miasteczku znajdującym się pod Elche, wracamy więc drogą powrotną inaczej niż przyjechaliśmy, omijając centrum, ale wiemy, że wrócimy do tego miasta kiedyś….

DSCN2294 DSCN2296 DSCN2301 DSCN2302 DSCN2315 DSCN2331 n4FJyxB5O4sSHqA_vzgWgpSF8y0p3JRDoypsBEjef1y1G7wS1lCQdNRTOIb8

 

 

Wycieczka do Jaen

Temat ciężki, bo pogoda na Costa Blance dopisuje i jechać nigdzie dalej się nam nie chce, poza tym męczyć psa w upale też nam i psu nie pasuje. Sprawdzamy pogodynkę, która niemal nigdy nie ma racji, jesteśmy w swoistym mikroklimacie, w którym niemal nigdy nie pada deszcz a temperatura jest zawsze wyższa niż podają portale pogodowe. Mimo wszystko odnajdujemy pogorszenie pogody i w przeddzień Dorotka wysyła około 30 maili do miejsc noclegowych z zapytaniem czy możemy u nich przenocować. Szukamy jak zwykle casa rural, czyli po naszemu agroturystycznego pensjonatu lub wręcz chaty, która umożliwia przybycie z psem. Niestety odpowiedzi jest bardzo mało, piszą że na jedną noc nie, tylko co najmniej 2-3 lub że mają właśnie zajęte… no trudno, postanawiamy poczekać do rana i wtedy podejmiemy decyzję o wyjeździe do Andaluzji…  Jak zwykle nieco po 7 rano budzę się i idę na 30 minutowy szybki spacer z Belialem na step. Pies tradycyjnie spuszczony ze smyczy, biega i goni od czasu do czasu zajączki, których tu nie brakuje. Po powrocie widzę uradowaną twarz Żonki z informacją, że mamy nocleg, budzimy Maksa, jedziemy do miasteczka, by z naszej ulubionej piekarnio-ciastkarni zjeść ciacho, wypić kawę i vamos do Jaen, miasta oddalonego o niemal 400 km. Po godzinie jazdy dowiadujemy się, że lokalizacja naszego noclegu nie jest możliwa, gdyż nie ma ulicy… jest gdzieś w górach 25km oddalona od malutkiego miasteczka. Dorota rozmawia z właścicielem, którego telefon też nie działa na miejscu, gdyż nie ma tam pola… oj znaczy jest pole ale nie ma sieci 🙂 tak czy owak rezygnujemy z tego noclegu po kolejnej informacji, że trasa dojazdu jest po deszczach w złym stanie i jak nie mamy autka z napędem 4×4 to może utknąć hehe. Mimo wszystko mamy 100km za sobą i nie rezygnujemy, droga jest nam tym razem nie znana, gdyż w tym kierunku się nigdy jeszcze nie przemieszczaliśmy. Mijamy stolicę prowincji Murcję, której nie lubimy ze względu na mega zatłoczenie. Okolice też są mało atrakcyjne, wszędzie rosnące karczochy i coś jeszcze, nie bardzo się nam podoba. Zbliżamy się do Grenady i zaczyna się ciekawie, widzimy zaśnieżone szczyty Sierra Nevada, miejsc, gdzie w dalszym ciągu można jeździć na nartach a po zjechaniu i zdjęciu kombinezonu można w ciągu godziny dotrzeć na plażę i pływać w ciepłym Morzu Śródziemnym.  Górskie rejony są coraz bardziej widoczne, zaczynają się pojawiać drzewa oliwne, a po jakimś czasie one wypełniają po sam horyzont każdy kierunek świata. W prowincji Jaen rośnie ich aż 65 milionów a Andaluzja jest największym producentem w Hiszpanii… a Hiszpania największym producentem na świecie mając 32% światowej produkcji… My chcemy kupić oliwę najlepszą, szukamy takiego oliwnego cream de la cream, niekoniecznie drogo ale najważniejsze by dobrze trafić. Miasteczko Jaen nas nieco utwierdza, że co duże to nie dla nas, spore miasto i stolica prowincji jest ładna ale nie tego szukamy i nie mamy czasu przemieszczać się piechotą po tak dużej powierzchni. Przejeżdżamy miasto i zawracamy by dojechać do naszego celu, a mianowicie dwóch miasteczek oddalonych o około 20-30km Ubeda i Baeza, oba znajdują się na liście UNESCO a ich  zabytkowa starówka jest ponoć przepiękna. Jest godzina 14 i upał zaczyna dawać we znaki, chodzimy niemal pustymi uliczkami, oglądamy i napawamy wzrok bardzo starą i widowiskową zabudową.

Pies wskakuje do fontanny mieszczącej się na dużym placu przed kościołem, łazi w niej i pije wodę, nikt się tym nie przejmuje, w końcu pies też stworzenie boże… znajdujemy knajpkę zamawiam piwko, dostaję naparstek oraz do tego sporą porcję smażonego sera polanego konfiturą… czyli tapas darmowa przekąska do piwa znaczy do naparstka… wołam kelnera krzycząc mas grande czyli drugie ale większe piwko zamawiam… przynosi mi szklaneczkę… madre mia znowu łyk i połowy nie ma, ale za to dostaję dwa klopsiki w sosie jako tapas… jeszcze jedno tapas i bym mógł powiedzieć, że nie potrzebuję szybko obiadku 🙂

Idziemy do sklepu z oliwą, który widziałem z okna samochodu, zamknięte bo sjesta… jak prawie wszystko w Andaluzji między 14-17.30 pozamykane… jedziemy do drugiego miasteczka. Już nie pamiętam, które jest bliżej a które dalej, oba dość podobne, oba ślicznie andaluzyjsko wyglądają, moim zdaniem warto odwiedzić. Znajdujemy knajpkę i zajadamy się sporą ilością przekąsek, które zamówiliśmy w podwójnej ilości. Jedzenie smaczne, czuć oliwę i najedzeni idziemy do sklepu z oliwą. Jest wreszcie, 🙂 Pani która nas obsługuje śmieje się jak mówię że szukamy tej najlepszej… mówi, że takiej nie ma, że inne są do kuchni do smażenia itp. a inne do np. nalania na kanapkę czy jako dodatek do sałatek, i podaje nam do posmakowania tą specjalną oliwę do kropienia, nazywa się Esmeralda, jest napisane verde czyli zielona, i jest zielona i bardzo aromatyczna i czuć pieprz oraz coś jeszcze czego nie potrafię opisać. Robimy znowu spore zakupy, oliwa nie jest droga a miejscowa i wiemy że najlepsza bo tu innej nie ma 🙂 wracamy do domku, jest 17 a 400 km do zrobienia. Znaczna część trasy niestety wiedzie drogą klasy C, bardzo ładne pejzaże, ale jesteśmy troszkę zmęczeni i wolelibyśmy autostradę. Upał męczy, mimo to jesteśmy zadowoleni z wycieczki. W końcu udaje się nam dostać na AP7 i o 22 docieramy do Lomas del Golf.

 

DSCN2112 DSCN2114 DSCN2121 DSCN2122 DSCN2130 DSCN2138 DSCN2140 DSCN2144 DSCN2147 DSCN2150 DSCN2152 DSCN2155 DSCN2156 DSCN2159 DSCN2160 DSCN2164 DSCN2166

Wrzesień 2015

Wyprawa do Hiszpanii – wrzesień 2015

Dzień pierwszy :

Alicante – przylatujemy dość późnym wieczorem, nocujemy w hotelu El Goya, w samym centrum miasta tuż przy zamku Św.Barbary, który przypomina i pachnie komuną, jest czysto ale ogólnie ujmując nie chcielibyśmy w nim spędzić więcej czasu niż to konieczne, czyli jedną noc. Wrzucamy bagaże do bardzo małego i skromnego pokoiku i idziemy na miasto. Hotel, tyle dobrego, że znajduje się blisko skupiska knajp i to ważne bo po 22 już się nam nie chce za dużo łazić nie znając zupełnie tego miasta.

Usiedliśmy w knajpie na ulicy gdzie było dosyć tłoczno (nie znając miejscowych restauracyjek, najlepiej jest kierować się wskazówką, która ma największą liczbę gości) i zamówiliśmy konkretną mięsną kolację i butelkę dobrego winka…

DSCN0692

Dzień drugi :

Rano wstajemy o 8:00 zgodnie z planem, ale nie jesteśmy wyspani a wręcz zmęczeni po nocy bardzo gorącej, w pokoju brak klimy, właściwie to jej szczątki wisiały jeszcze na ścianie, a balkonik przy ruchliwej ulicy dawał możliwość słuchania dźwięków Alicante 🙂 mimo to ruszamy na podbój La Manchy. Najpierw jednak jedziemy do centrum Alicante pospacerować po słynnym deptaku, który występuje w roli głównej na większości zdjęć pokazujących Alicante. Jest super pogoda, na plażę zaczynają się już schodzić seniorzy, o godzinie 9 rano jest ich już całkiem sporo, młodzi muszą pracować 🙂 , siadamy w jednej z nielicznych o tej porze czynnych knajpek na malutkie hiszpańskie śniadanko czyli tost z marmeladą i kawka. Zamówiłem drugą, bo takiej kawy nawet w moim domu nie serwują…

DSCN0697 DSCN0699 DSCN0694 DSCN0693

Kierujemy się na Albacete a następnie na Cuenca, miasteczko słynące w Hiszpanii z wiszących domów na skałach, jest ono zapisane w światowym dziedzictwie Unesco. Trasa jest coraz mniej urozmaicona, ale niesamowite jest to, że jadąc wydawałoby się cały czas mniej więcej po płaskiej drodze z Alicante, które znajduje się na poziomie morza, osiągamy wysokość 1100 m n.p.m., które pokazuje nam nawigacja, temperatura spadła już do 18C a jest południe. Do Cuenca docieramy przed 15. Miasto jest wielkie, spodziewaliśmy się czegoś innego i z początku mamy lekkie rozczarowanie. Idziemy więc na poszukiwanie wiszących domów, trasa wiedzie bardzo malowniczym wąwozem, tereny piękne i zadbane. Domy znajdują się na skałach, jest ich coraz więcej robimy zdjęcia i patrzymy. Jest ładnie, nawet więcej niż ładnie i musimy się wspinać na wyżej usytuowaną część, gdzie znajduje się kościół oraz mniejsze budowle. Zdyszani włazimy do końca krótszego szlaku, znowu powiem widoki piękne, trasa bardzo malownicza. Idziemy na lunch do knajpki, która najlepiej się prezentuje… niestety to dla jednorazowych turystów. Jedzenie słabe, Dorocie nie smakuje, mały kieliszek winka… bardzo dobrego i nic więcej o tym miejscu. Decydujemy się na szybkie zejście do autka i ucieczkę z Cuenca, jedziemy w głąb La Manchy…. Decyzja w samochodzie zapadła, że jedziemy do El Toboso i tam w miasteczku Dulcynei będziemy nocować.

DSCN0703 DSCN0726 DSCN0732 DSCN0727

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Docieramy do El Toboso około 18.30 jeszcze ciepło… w La Manchy jest inaczej niż na wybrzeżu, duuużo zimniej i powietrze ostrzejsze, jak u nas w górach. Znajdujemy mały placyk, gdzie parkujemy i idziemy szukać noclegu. Najpierw znajdujemy bardzo urokliwy bar i tutaj postanawiamy zapytać się o nocleg. Ludzie są bardzo pozytywnie do nas nastawieni i też widać, że turystów zbyt wielu nie ma. Barman szybko znalazł chętnego, który skuterkiem poprowadził nas do pobliskiego hostalu. Zameldowaliśmy się w hostalu Dulcynea, miejsce przy głównej ulicy z dużym tarasem wypełnionym stolikami. Za 40 euro dostaliśmy przyjemny pokój z łazienką i maciupkim telewizorkiem pamiętającym czasy błędnych rycerzy, jak na hostal Dulcynea przystało.

DSCN0772 DSCN0762 DSCN0770 DSCN0778

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przebrani w cieplejsze ubranka wyszliśmy na miasto, kiedyś El Toboso było wsią i pewnie by tak zostało gdyby człowiek zwany Cervantesem nie umieścił tego miejsca jako wsi, w którym mieszkała Dulcynea z Manchy. W każdym razie ponoć właśnie całkiem niedawno wieś zmieniła się w miasteczko. Wszystkie zabudowania z ciemnej dymionej cegły wyglądają prześlicznie, chodziliśmy z mapką otrzymaną w informacji turystycznej, gdzie uprzejmie mówiąca po hiszpańsku pani poinstruowała nas gdzie mamy iść. Ważnych miejsc było kilka w dodatku oddalonych od siebie max jakieś 500m, tyle że uliczki wąskie i kręte sprawiały nam i tak trudność (ale trzeba przyznać, że oboje mamy „wyjątkowe” zdolności orientacyjne). Dzisiaj jednak było już wszystko pozamykane, więc zwiedzanie odłożyliśmy na kolejny dzień z rana a udaliśmy się do jednej z niewielu knajp czynnych w centrum.

Na pierwszy ogień poszła venta (czyli gospoda), gdzie uprzejmie nas poinformowano o hostalu, zamówiliśmy po małym piwku do tego otrzymaliśmy tapas w postaci małych grzanek z pomidorami i sporym plastrem szynki. Po konsumpcji poszliśmy dalej jeszcze łażąc po bardzo uroczych wąskich uliczkach, gdzie faktycznie czas zatrzymał się w miejscu. Wszystko by było super gdyby nie fakt, że większość sklepików lokalnych oraz knajpek była zamknięta i praktycznie turystów też nie widzieliśmy zupełnie co nas często dziwiło.

Jednym z niewielu miejsc, które były otwarte miała być reklamowana na mapce restauracja, dokąd strudzeni się udaliśmy.

Generalnie wielka knajpa, jej wielkość oceniłem tym, że siedzieliśmy na placu mieszczącym jakieś 30 stolików całkiem sami, wewnątrz nie licząc szefa oraz rumuńskiego kelnera też nikogo nie było. Jednakże odważnie zaczęliśmy studiować dość obfite menu, gdzie wybraliśmy przekąski z zapieczonego sera oraz lokalną pikantną smażoną kiełbaskę. Wszystko zjedliśmy, bardzo smaczne i oczywiście pyszne czerwone winko.

Dzień trzeci

Jeszcze El Toboso… obudziliśmy się tradycyjnie o 8 rano i po opuszczeniu śpiącego hostalu postanowiliśmy znaleźć bar z kawą co generalnie o godzinie 9 rano wcale nie jest łatwe, ale udało się, bar Rosynant ugościł nas pyszną kawą z mlekiem oraz grubymi naleśniko- podobnymi tworami z czekoladą… mniam. Pijąc kawkę, podziwiamy przejeżdżające obok traktory z przyczepami wypełnionymi po brzegi winogronami, obecnie są zbiory, i wczoraj widzieliśmy jak do późna w nocy rolnicy zwozili swoje winogrona do pobliskiej przetwórni. Zrobiła ona na nas wrażenie – taka mała mieścinka, praktycznie sklepiku trzeba szukać (o markecie zapomnijcie), ale przetwórnię winogron mają ogromną – z wielkimi lśniącymi pojemnikami stalowymi (chyba na winko). Wypiłem drugą kawę i ruszyliśmy do domu Dulcynei gdyż tak się nazywa muzeum, zwiedzanie kosztuje 2 euro i trwa jakieś 15 minut, gdyż składają się na nie 3-4 pomieszczenia oraz mikro ogródek…ale warte obejrzenia. Podejmujemy decyzję, że jedziemy dalej w La Manchę. El Toboso nas zachwyciło…czas zatrzymał się tu w miejscu dawno dawno temu i dalej toczy się swoim dawnym trybem wyznaczanym przez pory roku, zbiory, bez zbędnego zgiełku i pośpiechu…

DSCN0793 DSCN0798 DSCN0799 DSCN0803 DSCN0808 DSCN0784 DSCN0787 DSCN0813

Campo de Criptana

To tutaj miała odbyć się słynna opisana w książce walka rycerza posępnego oblicza z gigantami czyli wiatrakami… nie wiem czemu, zupełnie ześwirowałem na punkcie tych już dawno nieczynnych budowli, ale serio zrobiły na nas wrażenie… ale po kolei, zaparkowaliśmy w centrum miasteczka i ruszyliśmy piechotą w górę bo wiatraki zawsze są na górkach, gdyby ktoś nie wiedział… a po co ? ktoś zapyta ? bo tam bardziej wieje 🙂 wiatraki zwane po hiszpańsku molinos de viento stoją dumnie od setek lat w ilości 8 sztuk, usytuowane na wzgórzu wydają się jeszcze większe, widok nawet gdyby ich nie było zapiera dech w piersiach, przy pogodzie jaką mieliśmy prawie czyste niebo widoczność chyba ze 100km i tak dookoła, gdyż La Mancha to płaskowyż, tylko w nielicznych miejscach pagórkowaty. Naoglądaliśmy się, wypiliśmy małe piwko z tapas w przywiatrakowej tawernie. Decydujemy jechać do następnego wiatrakowego miasteczka…

DSCN0822 DSCN0829 DSCN0832 DSCN0842 DSCN0853 DSCN0878 DSCN0817 DSCN0858

Consuegra

A może to właśnie tutaj Don Qichote miał odbyć sławetną walkę ?? Zdania są podzielone w taki sposób, że mieszkańcy Campo de Criptana uważają, że owa walka była u nich a ci z Consuegry, że tutaj słynny rycerz napotkał gigantyczne potwory. Ja tam nie wiem i chyba to nie ważne. Podjechaliśmy, zaparkowaliśmy na jednym wzgórzu przy samym wiatraku i udaliśmy się robić to co należało… zdjęcia zdjęcia, zdjęcia, filmiki, filmiki i zdjęcia… zobaczycie sami… uważam, że mało co jest lepsze w fotografowaniu niż molinosy i moja Żonka 🙂 Niesamowite widoki zapierające dech w piersiach, wiatraki są na wzgórzu, skąd rozpościera się niesamowity widok na płaskowyż, pogoda nam bardzo sprzyjała, widoczność aż po horyzont… Wspinając się po skałkach zauważyliśmy malutkie fioletowe krokusiki – to z nich między innymi słynie region La Manchy – otóż z tych krokusików wyrastających wydawałoby się ze skały, powstaje najdroższa przyprawa świata – szafran. Staraliśmy się chodzić bardzo ostrożnie, nie depcząc tych cennych kwiatków. W jednym z wiatraków poznaliśmy bardzo sympatycznego Hiszpana, który bardzo serdecznie zapraszał nas do zwiedzenia wiatraka wewnątrz. Na dole prowadził sklepik, natomiast na górę można było wejść po krętych schodkach, gdzie zachowane były jeszcze stare mechanizmy no a przede wszystkim z jednego z mikroskopijnych okienek roztaczał się piękny widok na okolicę. Byliśmy zauroczeni tym miejscem coraz to bardziej…

DSCN0920 DSCN0940 DSCN0932 DSCN0910 DSCN0925 DSCN0903 DSCN0900 DSCN0927 DSCN0885 DSCN0883 DSCN0935 DSCN0893

Praca fotografa jest ciężka i należy się po niej godna strawa, jedziemy do najznamienitszej Venty opisanej przez Cervantesa, miejsca gdzie Don Qichote miał zostać pasowany na rycerza !!! Venta de Don Qichote w Puerto Lapice jest chyba najdroższą knajpą w całej La Manchy, łobiod w wersji menu dal dia kosztuje 24 euro od głowy… decyzja zapadła, będziemy jeść !!!

Nie powiem źle, byliśmy mocno syci… jedyna zaleta że porcje sowite, ale jedzenie które zamówiliśmy nie trafiło w nasze gusta. Jedzenie mało doprawione, właściwie wcale, takie wszystko mdłe, bez konkretnego smaku. Nie będę dokładnie opisywał po kolei zamówionych dań, bo nie jestem jakiś Modest Amaro czy coś… wiem że nie warto było i basta!!

Jedziemy dalej, mieliśmy nocować w Puerto Lapice, gdzie znajduje się Venta ale miasteczko nie oferuje wiele, mała Manchowska mieścina nie szczególnie nas oczarowała, nawet wiatraków nie mają no to co tutaj robić…

Jedziemy do Argamasilla de Alba, gdzie ponoć znajduje się mega stary kanał z krystalicznie czystą wodą oraz wielkimi jak świniaki karpiami, które można obserwować siedząc w jednej z knajp mieszczących się wzdłuż kanału… Opowiemy krótko, kanał ma faktycznie czystą stojącą wodę, ale nie wygląda na stary a tylko ciągnący się przez kilometr wąski na metr i głęboki też na metr wyglądający na brodzik dla dzieci w parku wodnym. Ryb zero, no chyba że plankton ale mam już słaby wzrok i nie widziałem, knajpa może jedna czynna, tak więc połaziliśmy bez celu. Całe miasto bez fajerwerków, nie mają nawet jednego wiatraka… zapadła decyzja jedziemy dalej…

Valdepenas

Kolejne 60 km mija szybko, ale już prawie 18 więc trzeba znaleźć nocleg by po ciemności nie szukać, miasto duże i słynne jako największy producent wina w Manchy, wszędzie widać winiarskie ślady ale hotelu nie mogliśmy znaleźć… mając nawigację oraz komputer z internetem nie mogliśmy znaleźć hoteli nie licząc 4 gwiazdkowego super hotelu spa…. Znajdujemy bodegę, w której kupujemy karton dobrego winka, pani udziela nam wskazówek gdzie jest niedrogi hotel… Jedziemy, ale znów nie możemy go znaleźć, jakaś masakra , rezygnujemy, nie potrafimy… morale spadają…

Jedziemy dalej, wprowadziłem w nawigację lokalizację w Andaluzji, wiem wiem to śmiały krok, jest grubo ponad 300km do przejechania… jedziemy, ale zaraz widzę motel przy drodze, zatrzymujemy się pytamy i bierzemy pokój za 40 eur, jest czysty, duży i schludny… ma nawet tv lcd… łazienka i jest milutko… wypijamy po szklance winka i idziemy usiąść do baru motelowego. Powoli kończymy dzień przeglądając w aparacie zdjęcia…

 

Dzień czwarty

Pobudka o 8 ale piszę od ponad godziny 🙂 idziemy na kawkę do motelowego baru i jedziemy do Andaluzji !!!! Andaluzja Ole !!!

Trasa ma 340km tyle właśnie pokazuje nawigacja do San Nicolas del Puerto- malutkiego miasteczka położonego w górach Andaluzji. Jedziemy prawie całą drogę autovią, czyli autostradami mijając Cordobę i 70km od Sewilli odbijamy w góry. Ostatnie 25km to dosyć kręte i wąskie dróżki wznoszące nas znowu na wysokość 600 m npm. Miasteczko ma jedną ulicę, przy której wszystko się znajduje, kilka sklepów i jakieś 5 barów. Jest bardzo przyjemne, ale nie wiemy jak dojechać do Casa Gabriela. Parkujemy i dzwonimy, znaczy ja dzwonię, bo spodziewam się rozmowy po naszemu 🙂 polskiemu. Odbiera Hiszpan i zdziwko… nie gęga po naszemu, nie gęga po angielsku… gęga espanol, rozmawiamy, on mówi powoli i pyta gdzie jesteśmy, ustalamy ulicę i po 5 minutach spotykamy się na jedynej i nieczynnej stacji benzynowej. Jedziemy niecały 1km i jesteśmy w zagrodzie Casa Gabriela. Wychodzimy z autek, witamy się a następnie Jose pokazuje nam domek a właściwie jego część, gdzie będziemy mieszkać… madre mia, to faktycznie inna bajka. Gdyby nie lodówka i mikrowela, można by tutaj nakręcić kolejną część opowieści o błędnym rycerzu albo Hobbita. Mimo wszystko jest fajnie, pomieszczenia są chłodne, gdyż dom posiada niemal metrowej grubości mury i malutkie okna, które są dodatkowo opancerzone w żaluzje i kraty. Mamy do dyspozycji salon z kuchnią, sypialnię oraz łazienkę. Brak komercji, Ikei itp., wszystko jest oryginalne, drewno, kamień, bardzo gustownie, klimatycznie, czyściutko… Jest OK. Po chwili przyjeżdża drugi samochód, kolejni goście ? to są znajomi Jose, kobitka jest Polką, od 15 lat mieszkającą w Sewillii. No to gdyby co, to mamy tłumacza. Po zapoznaniu, pogawędce, idziemy się przejść po okolicy. W pobliżu znajduje się źródło rzeki, mega czyściutkie miejsce skąd okoliczni mieszkańcy napełniają baniaki używając jej jako pitnej. Przechodzimy miasteczko, po drugiej jego stronie, znaczy po 5min spacerem została stworzona tzw. sztuczna plaża przy rzece, są zejścia i można pływać 🙂 woda bardzo czysta, kilka knajp z tapasami i piwkiem, winkiem itp. siadamy i patrzymy na rzekę, jest fajnie. O 15 mamy obiadek, jesteśmy ciekawi co Jose przygotuje, bo on jest gospodarzem, kucharzem i przewodnikiem w jednym, co jak się później okazuje bardzo przydatnym.

DSCN0959 DSCN0960 DSCN0958 DSCN0975

Wielka Paella… mam zdjęcie, mnóstwo wielkich robaków oraz muli wystaje z parującej patelni 🙂 pierwsze moje obrzydzenie jakoś mija… każdy dostaje pełny talerz. Moja żona jest wniebowzięta – ona uwielbia wszelkie robale wodne, a TAKIEJ paelli jeszcze w życiu nie jadła! Do picia dostaję, czego się nie spodziewałem, fino manzanilla –  to odmiana mocnego wytrawnego jerez czyli sherry bardzo mało popularnego w Polsce. Mocny wytrawny smak zimnego trunku dodatkowo podkreśla smak paelli, muszę przyznać – bardzo dobrej. Dostajemy dokładkę, potem następną, z kieliszkami dzieje się podobnie, chociaż one są malutkie a talerze dosyć spore. Potem arbuz i po godzinie biesiady postanawiamy wybrać się na rowery.

Wodospady bez wody… kręcimy pedałami i kręcimy, niby 6km do wspaniałego Cerro el Hierro, jedziemy dwoma zdezelowanymi rowerkami, które mają tylko nieco mniej lat niż dom ale wydają się sprawne 🙂 trasa jest super, utwardzona i niemal prosta, z tym że cały czas pod górę (której niby nie widać ale czuć)… masakra, ale widoki rekompensują trud pedałowania. Po obu stronach pasą się owce pośród dębów korkowych, widoki wspaniałe, pogoda idealna, jakieś 26C, ale górskie powietrze powoduje że odczuwalna jest niższa. Docieramy do celu, szlak z informacją 250m w górę, tutaj już rowerki trzeba pchać. Wysokie skały i kaniony ale nie ma wodospadów… szkoda, ale warto było, bo górskie skały  i krajobraz warty wystrzelania 50 zdjęć albo lepiej 🙂 wracamy już w dół a tu znacznie lepiej się pedałuje.

Wybraliśmy się jeszcze raz samochodem z Jose, w miejsce gdzie godzinę temu byliśmy, postanowił zabrać córkę znajomych i nas też. Autem powoli w 10min byliśmy na miejscu, Jose zna się na roślinach, minerałach i wielu najróżniejszych rzeczach i opowiedział kilka ciekawostek związanych z miejscem oraz o obrywaniu kory z dębów, która to później zostaje przetworzona do zatykania butelek z winem 🙂 Te najlepsze nie mogą pochodzić z pierwszego zbioru, tylko z kolejnych, co ciekawe – kora musi odrastać przez 9 lat pomiędzy kolejnymi zbiorami. Odnajdujemy też trochę minerałów jak kwarc, które były wydobywane tutaj, tu znajdowały się kopalnie minerałów, dziś już nieczynne. Wracamy na kolację. Dzień kończymy mega zmęczeni… kolacja była pyszna (wszystko ekologiczne, chleb pieczony przez gospodarza, oczywiście z ekologicznych ziaren, wino ekologiczne, piwo ekologiczne własnej roboty, a na koniec jeszcze  ciasto z ziemniaków na słodko ale słodzone cukrem trzcinowym – kurcze! kiedy Jose zdążył to wszystko przygotować????), rozmowy po hiszpańsku męczą, trzeba się koncentrować ale powoli do przodu.

DSCN0971 DSCN0982 DSCN1007 DSCN1011 DSCN1015 DSCN1031  DSCN1055 DSCN1059

Dzień piąty

Wstajemy o 8 rano bardzo wyspani i właśnie w tej chwili, po napisaniu co nieco, zastanawiam się w jaki sposób mogę dostać kawę… tego organizm potrzebuje do egzystencji i planowania ciężkiego dnia, dzisiaj będziemy tylko z Jose, gdyż zwariowana rodzinka wraca do Sewilli.

Śniadanie mistrzów… kawusię od razu dostałem, całkiem dobrą, siadamy do stołu i widzę tylko kilka gatunków chrupek do mleka i słyszę czy chcę mleko…. Nie powiem, czasami jadam chrupki rozmaite z mlekiem ale wcale nie miałem na to ochoty…  Na całe szczęście i chyba widząc nasze nieszczęśliwe miny, Jose zaczął przynosić talarze wypełnione pomidorami, okolicznym ekologicznym serem twarogowym – chyba kozim, papryką… a następnie gorący wieloziarnisty chleb. Oliwą polewamy ciepłą kromkę chleba, rozsmarowujemy, następnie pomidor i zajadamy się tym. Już nie raz mówiłem, że jedzenie w Hiszpanii smakuje inaczej, może klimat i powietrze lub więcej ruchu, ale apetyt nam dopisuje. Nie sklepowe jedzenie z pewnością inaczej smakuje i inaczej pachnie, co powoduje że jemy więcej… talerz chleba zniknął, ale pojawił się kolejny… masakra. Aż wstyd jakie z nas obżartuchy…ale wszystko tak smakuje…

Po najedzeniu się debatujemy nad planem co robić, kiedy i jak oraz czy przedłużamy o jeden dzień wizytę w Casa Gabriela. Zapadła decyzja, że jednak jutro wyruszamy rano dalej, ale dzisiaj chcemy maksymalnie dzień wypełnić. Idziemy z buta na wędrówkę w stronę wodospadów oddalonych o ponoć 30 minut marszu wzdłuż rzeki (w przeciwnym kierunku niż szukaliśmy poprzedniego dnia). Trasa jest bardzo krajobrazowa, wspaniała pogoda, bardzo mało ludzi, a po bokach  napotykamy co chwilę stada pasących się owiec – to dla nas miastowych rzadki widok, po kilku lekkich pobłądzeniach docieramy do wodospadów. Jeden jest dosyć wysoko –duży, widoki zapierające dech w piersiach, ale rezygnujemy ze stromego zejścia… jest ślisko a my nie mamy odpowiedniego obuwia i nie podejmujemy ryzyka. Wracamy powoli drogą do miasteczka, w sumie po ponad 2h jesteśmy w Casa Gabriela. Odpoczywamy, rozmawiamy o jutrze i czekamy na obiadek.

Po zjedzeniu sowitych porcji, tak szczerze to nie wiem jak to w sobie mieścimy… fasolowa zupa warzywna… z chlebem a na drugie pieczone chorizo oraz mięso z czarnych świń iberyjskich (REWELACJA!) a wszystko zapijamy finem manzanilla… madre mia !!!

Po lekkim strawieniu wyruszamy na zwiedzanie naszym autkiem wraz z Jose. Jedziemy wysoko w góry, krętymi nie utwardzonymi drogami. Docieramy do rancza znajomego od Jose, gdzie prezentuje nam konie arabskie oraz angielskie cokolwiek to znaczy… Ale nawet dla nas nieznających się na rzeczy – jest to przepiękny widok, chodzimy pomiędzy końmi po pastwisku, możemy ich dotknąć w każdej chwili, Jose specjalnie je trochę przegania, żebyśmy mogli uchwycić piękne zdjęcia koni w ruchu… Pomiędzy końmi dostrzegamy… byka, na pewno to byk a nie krowa, ma duże zakręcone rogi no i fiutka… hmmmm chyba nie będziemy bawić się w korridę 🙂

Jedziemy dalej w góry, jest coraz trudniej i zaczynamy się martwić o samochód, ze względu na jego zawieszenie… jakoś się udaje. Plan jest taki, że mamy obejrzeć dzikie zwierzęta w miejscach znanych naszemu przewodnikowi, więc nie marudzimy tylko grzecznie za nim idziemy, nagle coś słyszymy… ale to nie ryk jelenia…, to 2 motory i 2 quady zapierdzielają obok nas ze strasznym rykiem…. No i misterny plan się rozleciał jak domek z kart. Wracamy do Casa Gabriala zatrzymując się jeszcze w miejscu, gdzie hodowane są czarne świnie iberyjskie, robimy zdjęcia prosiakom i jedziemy na kolację. Wieczór bardzo bardzo udany, mija na jedzeniu, piciu fino manzanilla i dyskusjach z Jose o życiu. Tak, rozmawiamy z nim niemal 4 godziny po hiszpańsku, rozumiemy większą połowę, a czasami niemal wszystko a czasami prawie nic i wtedy Jose widząc nasze miny pyta comprende ?? Przeczymy kręcąc głowami lub mówiąc no comprendo 🙂 Siedzimy tak niemal do północy, aż wymęczeni gadaniem i myśleniem, kładziemy się spać.

DSCN1076 DSCN1100 DSCN1170 DSCN1156 casa gabriela 6 casa gabriela 7 casa gabriela 8 casa gabriela 4

Dzień szósty

Po śniadaniu żegnamy się z Jose i pakujemy się do kabriolecika, było fajnie… nawet bardzo, ale trzeba dalej, cel na dzisiaj to Camino Del Rey, czyli sławna trasa króla. Wysoko w górach stworzona trasa, która w tym roku została ponownie oddana do użytku. Remont trwał kilka lat, popularność jest ponoć ogromna. Jedziemy początkowo autostradą a potem już krętymi coraz bardziej dróżkami, 10km przed miejscem zwanym El Chorro jedziemy po takich serpentynach, że momentami się niemal zatrzymujemy pilnując by autko nie zbliżało się do krawędzi jezdni, za którą znajdują się niemal pionowe urwiska.

Docieramy na miejsce, ze zdziwieniem widząc bardzo mało turystów, coś zbyt mało ale po miejscach w La Mancha nas to nie zraża, bo widać że jest po sezonie. Niestety prawda okazuje się zupełnie inna, trasa zamknięta do końca września. Dlaczego ? nie mamy pojęcia, a to że na www też tego nie napisali jest mega wkurzające… jesteśmy wściekli, ze złością robimy kilka zdjęć i filmików i wsiadamy do autka, cel Ronda…

Ronda na zdjęciach, filmikach i w naszym przewodniku zajmuje ważną pozycję. Często słyszy się, że kto nie był w Rondzie, ten nie widział i nie poznał Andaluzji… kurde byliśmy, widzieliśmy i spadamy jak najszybciej…. Więcej ludzi w jednym miejscu widziałem ostatnio na finale US Open ale to było w tv a na żywo nie pamiętam kiedy…. Miasto duże, dla nas za duże i knajpa jest średnio co 5m w każdym kierunku a w każdej z knajp 80% stolików zajęte… Impossible  pero possible tak bym to nazwał. Jechaliśmy długo i sławetny most muszę zobaczyć, poza tym jesteśmy głodni. Parkujemy na ogromnym zapełnionym po brzegi parkingu i idziemy razem z tłumem oooo przypomniałem sobie gdzie tylu ludzi na raz widziałem w mieście, to było w Rio De Janeiro, podczas karnawału 🙂 tak mniej więcej idzie się w Rondzie głównymi ulicami, zbliżamy się do mostu. Jest bajkowo, uroczo i przepiękne widoki, Chińczycy wrzeszczą a może to Japońce, nie wiem, ale luda pełno, że tylko brakuje ciapatych z bombami to by liczebność ludzkości się znacznie zmniejszyła. Robimy zdjęcia filmiki i….  Coś się dzieje, brakuje nam humoru i coś, co w nas narastało od rana wybucha…. Wracamy do domu ? Hurrraa jedziemy do Lomasa, jest plan na kolację… jest Patio Andaluz (oczywiście musi być lasagne’a), gdzie będziemy wczesnym wieczorem 🙂 Jedziemy do autostrady ponad godzinę, potem już tylko limit prędkości i po zalaniu diesla śmigamy do Orihuela Costa. Do Andaluzji jeszcze wrócimy…może za rok?….

DSCN1195 DSCN1192 DSCN1188 DSCN1198 DSCN1204 DSCN0114 20140605_142709

W restauracji siadamy o 19.30, delektujemy się bagietką, którą się zatapia lub smaruje sosem aioli, do tego chłodne wino tinto… śmiejemy się, radość wróciła… jeszcze do Consuma na szybkie zakupy i meldujemy się w Lomas del Golf, wjeżdżając na ulicę widzimy Andree i Johna – naszych przyjaciół, sąsiadów a właściwie to ludzi, bez których tutaj nie możemy się obejść. Idziemy się przywitać, ale mają miny wesołe jak nas widzą. Całuski, bla bla bla, widzę Johna z flaszką…. Madre mia…

 

Dzień 7

Chyba go pominę, bo to były zakupy, zrobiliśmy paellę wedle przepisu z książki Victorii Tweed. Następnie zjedliśmy po 3 porcje a garnek do 3/4 wypełniony strawą 🙂 będziemy jeść przez kolejne dwa dni…  pychotka. Wypoczynek w tym dniu totalny…

Dzień 8

Wyjeżdżamy koło 9 do naszej ulubionej piekarni w San Miguel – to jest jakieś 5km krętą drogą przecinającą sady pomarańczy oraz cytryn, piekarnia jest również cukiernią oraz malutką kawiarnią, gdzie można napić się kawy i zjeść jakieś ciacho, ja oczywiście neapolitana z czekoladą – coś czego w kraju naszym mi brakuje, Dorotka wciągnęła mufinkę. Następnie jedziemy nad różowe jezioro, do którego nie mogliśmy nigdy wcześniej trafić a prób, jak dobrze pamiętam, 2 co najmniej i zawsze zrezygnowani wracaliśmy. Teraz miało być inaczej, Dorotka jest w posiadaniu ruskiej instrukcji dojazdu. Udało się, 14 km od Lomasa znajduje się różowe jezioro, jest sporych rozmiarów i ma przedziwny kolor mieniący się od różowego do niemal brązu w zależności od światła. Dorota wchodzi pierwsza odważnie a ja patrzę na ludzi, którzy obsmarowani bryją błotną wystawiają się do słońca. Jest jeszcze wcześnie, przyjemne 26C ale woda ciepła, podobnie chyba około 26C, ale co najciekawsze że twarde piaszczyste dno nie przypomina salinasów, w których byliśmy – tam dno było muliste i znacznie cieplejsze od wody, tutaj muł występuje przy brzegu i tylko w niektórych miejscach. Niesamowite jednak jest to że głębokość wynosi na znacznym odcinku jakieś 80 cm, ale kładąc się na plecach woda unosi tak, że nie trzeba się ruszać, ba -można nawet próbować usiąść i się nie da, pełne dryfowanie na siedząco. Ubaw niesamowity, ludzi niewielu i płacić nie trzeba… rewelacja – będziemy tu wracać.

Po powrocie odpoczywamy chwilę, ale zaczyna nas nosić, wpadamy na pomysł udania się 50 km do starożytnej Cartageny. Jedziemy głównie autostradą, która na tym odcinku jest bezpłatna tylko trzeba wiedzieć w którym miejscu wjechać, by uniknąć opłaty, ale nawigacja jest mądra i wie a my jej słuchamy. Miasto sporych rozmiarów, parkujemy blisko centrum i łazimy, zamek na wzgórzu robi wrażenie, dostajemy się do niego panoramiczną windą, fajne widoki. W pobliżu arena byków oraz amfiteatr. Wszystko niemal ma tysiące lat, bo miasto powstało przed naszą erą… zdjęcia i filmiki zrobione, piwko na starówce wypite… wracamy do domku, bo wieczorem mamy gości.

DSCN1251 DSCN1274 DSCN1264 DSCN1284 DSCN1262 DSCN1282 DSCN1275 DSCN1257 DSCN1252 DSCN1243 DSCN1239 DSCN1236

Dzień 9

Tradycyjnie wstajemy o 8 i jedziemy na kawkę i ciacho do miasteczka a następnie śmigamy wymoczyć się w różowym salinasie, dzisiaj jest z rana spore zachmurzenie i kąpiel mniej radosna. Wracamy na śniadanie. Dzień upływa na wypoczynku, pływaniu w basenie, opalaniu się i czytaniu… taki lajcior pełny.

DSCN1208 DSCN1235DSCN1232

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzień 10

Dzisiaj więcej roboty, śniadanko i planowanie spraw, które jeszcze mamy do załatwienia przed, no właśnie – przed powrotem do Polski. Musimy napełnić butlę gazową, pożegnać się ze znajomymi, którzy mieszkają w Casa Alegria oraz musimy sporządzić tzw. listę braków, bo należy uzupełnić domki w szklanki i to co po sezonie się zniszczyło lub znikło 🙂

Pożegnaliśmy znajomych, była ich 6ka – bardzo miłe towarzystwo, podziękowaliśmy sobie wzajemnie, oni pojechali na lotnisko a my postanowiliśmy pojechać nabić butlę lub wymienić ją na pełną oraz załatwić wymianę oleju w aucie. Z butlą poszło szybko 15 eur i mamy śliczną nową butlę, ale w dużym warsztacie w San Migelu niestety sjesta i od 16 będzie czynna recepcja, ponad pół godziny zostało, więc razem wpadliśmy na plan by odwiedzić sławetny Bar Alegria… no bar to bar, w Hiszpanii kultura siedzenia w knajpach o prawie każdej porze dnia czy nocy jest w ludziach głęboko zakorzeniona. Rano idąc do pracy siadają na kawkę i soczek z ciastkiem, na przerwę sjestową idą zjeść, wieczorem spotykają się ze znajomymi też w barach i knajpach. Bar Alegria jest właśnie taki, klimat baru stanowią bywalcy i barmani a tutaj jest dosyć rodzinnie…

Dzień 11

Dzisiaj wstaliśmy o 7 – szkoda nam dnia. Lista braków została zrobiona, w Lomasie lampka uszkodzona oraz brak kubków kilku a w Casa Alegria połamała się suszarka do naczyń, dwa leżaki wyrzuciłem do śmieci bo rozpadły się… więc dzisiaj jedziemy do mega superowego marketu Eroski na wielkie zakupy, ale wcześniej jedziemy na targ, bo dzisiaj sobota.

Pierwszy raz jesteśmy na tym targu o tak wczesnej porze, klientów bardzo jeszcze mało a też nie wszystkie stanowiska gotowe do handlu, idziemy tylko do wybranego stoiska z wyrobami mięsnymi i kupujemy kilka salcisionów, fuetów oraz dwie nie znane nam odmiany paprykowej oraz iberyjskiej kiełbasy typu chorizo. Kupiliśmy również pomidory, cebulę, świeże pieczywo i wracamy na śniadanko.

Dzień 12

Pobudka tradycyjnie 7 rano, jedziemy do San Miguela na kawkę i neapolitanę a Żaba zamówiła wielkiego jak smok Smaug croissanta, kawka smakuje… w Hiszpanii jest zazwyczaj dobra kawka, nie licząc tej co zalewam na śniadanie i ona mi smakuje mniej ale do zniesienia jest… po kawce jedziemy do Casa Alegria, muszę pomalować trzeci albo czwarty już raz murki balkonowe, tym razem już kolor dobrany i sprawdzony osobiście przez sąsiadkę prezydenta dzielnicy. W godzinkę mamy sprawy załatwione, idziemy do Consuma na drobne zakupy, jutro jedziemy na ostatnią już wycieczkę, ale za to myślę, że mega zabawa będzie. Jedziemy jutro rano najpierw na wymianę oleju naszym cabrio a potem do Aqualandia Benidorm a następnie do Calpe 🙂 wspaniała plaża z widokiem na ogromną skałę, chcemy to zobaczyć i następnie powoli ale to powoli się pożegnać z wakacjami, bardzo udanymi.

O 10 pojawiliśmy się w warsztacie Topcar, spory hangar z recepcją i poczekalnią oddzielającą część pracowniczą od klientów. Bardzo fajnie to zrobione, gdyż można było popatrzeć przez częściowo wykonaną z przezroczystej folii podnoszonej bramy co się dzieje wewnątrz. Zostawiliśmy autko i poszliśmy się przejść, napotkaliśmy komis samochodowy, w którym karteczki za szybami z cenami były szokująco wysokie w stosunku do naszego rynku. Więcej ciekawych rzeczy nie było i po prawie 30 minutach byliśmy znowu w Topcar. Nasze autko stało dalej w tym samym miejscu gdzie je zostawiliśmy. Weszliśmy posiedzieć do poczekalni, po chwili nasz kabrilolecik wjechał do środka. Wewnątrz było około 6-7 stanowisk samodzielnych, w większości wyposażonych w podnośniki. Wymiana oleju to prosta sprawa, ale muszę przyznać, że jak na początku byłem zdegustowany czekaniem i tym jak rusza się mechanik wykonujący powoli czynności serwisowe, to zdałem sobie sprawę, że chyba właśnie tak powinno to wyglądać. Kalkulację kwoty maksymalnej za wymianę mieliśmy na poziomie 142 eur, zakładała ona 6l oleju oraz 4 nowe filtry paliwa, powietrza, kabinowy i jakiś jeszcze. Nasz mechanik miał wymienić tylko to co trzeba… akurat! – pewnie będzie wszystkie trzeba, nawet te, które nie trzeba hehe. Pomyliłem się i to w pełni. Gościu wymienił tylko jeden filtr, prócz tego mając auto podniesione w czasie wylewania się oleju sprawdził i dopompował opony, posprawdzał stan hamulców, tarcz amortyzatorów i kilku jeszcze pozycji, których nie zauważyłem lub się nie znam, po czym jak postawił autko ponownie na kołach uzupełnił płyn hamulcowy oraz chłodzenia, o matko! – to niesłychane. Olej dolewał 3-4 krotnie, upewniając się że jest ok. Następnie psiknął czymś na drzwi i przyniósł wypełnioną kartkę do recepcji. Czekając na wyrok, szybko się ucieszyłem – faktura wyniosła 85 eur. Podziękowałem mechanikowi, który jeszcze kartkę przykleił z przebiegiem 122200 i mogliśmy po 1,3h ruszyć do Calpe.

Droga do Calpe w znacznej części jest nam znana, gdyż przecina Benidorm, jechaliśmy nią już dobrych kilka razy, jest urokliwa, bo przecina łańcuch górski blisko morza. Dotarliśmy do Calpe widząc z dala skałę wcinającą się w morze, co jest wizytówką tego miejsca. Niestety pogoda była znacznie gorsza niż u nas, czyżby 130 km mogło robić aż taką różnicę ?? W Calpe pasmo górskie wcina się bardzo blisko morza, można powiedzieć że idąc prosto od morza po 500m zaczynają się wzniesienia pnące się na kilkaset metrów i na zboczach gór usytuowane są wille oraz apartamentowce o niskiej zabudowie a przy brzegu znajduje się wysoka zabudowa hotelowo – apartamentowa, jak w Benidormie, tylko niższa i mniej widowiskowa. Generalnie miasto niespecjalnie ładne, mega komercyjne i turystyczne bez klimatu i finezji. Jedziemy do Altei, która znajduje się przy drodze powrotnej, w miasteczku straszny korek, zero miejsc parkingowych, jest fiesta haha no więc wszystko jasne. Szukamy parkingu przez 15 minut i rezygnujemy, jedziemy oglądać miasteczko El Campello. Kolejne 15 km oddalone od Altei małe miasteczko graniczy już z Alicante, jest usytuowane na zboczach góry, robi się cieplej, z każdym kilometrem lepsza pogoda. Góry są niższe przy brzegu a wyższe głębiej, zatrzymują wiszące niżej chmury, tak nam ktoś kiedyś tłumaczył. Muszę to ustalić po powrocie. Zjeżdżamy w krętą uliczkę w stronę miasteczka, bardzo ładne widoki i ładna tylko niska zabudowa willowa, wiele domów znajduje się przy samym morzu dochodząc do klifów, wspaniałe widoki, kolejna sprawa to zero ludzi, sklepów, barów coś nie tak, nagle droga się kończy i musimy zawrócić, chcę przepuścić wyjeżdżający z boku samochód ale kierowca macha coś do nas, okazuje się że to Polak, który tutaj mieszka, kieruje nas do baru prowadzonego przez znajomego Belga, siadamy, rozmawiamy, przechodzimy na Ty ze Zbyszkiem Dziordzio mieszkającym ponad 10 lat w Hiszpanii, wcześniej w Niemczech, władającego 7 językami, opowiada o swoim ciekawym życiu i różnych sprawach, gadamy, gadamy, czas leci i trzeba powoli wracać do naszego domku. Zegnamy się z Dziordzio, bo tak go nazywają ze względu na wymowę imienia polskiego, które dla Hiszpanów jest impossible do wymawiania. Przy San Miguelu czyściutkie niebo i temperatura 30C a jest już 17, idziemy do Mercadonii na zakupy paellowe, 2 woreczki obranych krewetek, jeden- obranych muli, 4gr szafranu w proszku i wracamy robić paellę.

DSCN1300 DSCN1301 DSCN1309 DSCN1298

13 dzień – właściwie ostatni

Wstajemy o 7 i po kawce jedziemy rozwieszać ulotki na pola golfowe, które chcemy przywiesić w przeznaczonych do tego miejscach, największe pole golfowe mamy blisko w Villamartin Golf, znajdujemy wielkie  tablice korkowe i wieszamy naszą ofertę, następnie jedziemy do kolejnych dwóch klubów golfowych, w jednym z nich są hotele i nie możemy się wcinać, w drugim bez problemu wieszamy oferty, jeszcze wracamy do Villamartin Plaza – tam w wyznaczonym miejscu wieszamy również ulotki… wracamy do domku zjeść śniadanie, pogoda bez rewelacji – 21C więc wpadam na pomysł ze spacerem…. Idziemy stepem do San Miguela a potem trasą rozmaitą …  trasa wiedzie poprzez górki itp. a następnie wzdłuż kanału docieramy do miasteczka… idziemy do wiadomego miejsca, Baru Alegria… zaczyna lać deszcz, włączają elektryczną markizę i jest super. Wypijamy drugie piwko i idziemy 6km do domu… po drodze udaje się nam złapać stopa, zatrzymuje się para starszych ludzi i podwożą nas do Lomasa, okazuje się że to małżeństwo a pani jest Polką… mówi ledwo ledwo po wielu latach… nie dziwne ale miłe, nie ukrywa się 🙂 po kilku minutach wychodzimy dziękując, przebieramy się i jedziemy na dinner do Patio Andaluz, naszej ulubionej najlepszej restauracji.

W Patio jest to co lubimy, nie ma tłoku w porze lunchu czyli od 13 do 15 i nie ma wysokich cen, co nie znaczy że jest za pół darmo… za 2 osoby trzeba zapłacić 24 eur ale za to w tej cenie jest:

– pół bagietki z sosem aioli

– woda i ½ dzbana wina

– pierwsze danie np. sałatka lub gazpacho, czasami spaghetti

– drugie sporej wielkości danie obiadowe

– deser np. kawa albo lody lub ciacho

To jest w cenie 12 eur od osoby, nie jest tanio ale za to można się najeść do syta. Tak to z grubsza wygląda.

Wracamy najedzeni, dzień już się powoli zbliża do końca, tak samo jak nasze wakacje. Jutro wracamy, budżet domknięty, czas popracować i myśleć o wyjeździe za 6 miesięcy, jesień i zima przed nami…

Dzień 14 wyjazd

Ostatnia pobudka o 7 rano, od jutra będzie 5,45, jadę do ulubionej piekarni w miasteczku, tutaj robi się jasno około 8 rano, znaczy wtedy widać już słońce, więc może nieco wcześniej ale 7.30 jest jeszcze ciemno, więc przed wyjazdem wypijam kawkę z mleczkiem… w piekarni prawie zawsze trzeba chwilę parę minut odczekać, kilku ludzi a mam wrażenie, że straszne zamieszanie robią, gadają, zamawiają kawę, siadają przy małych stoliczkach, obsługująca Pani ma również etat kelnerki, gdyż przynosi kawę do stolika i podaje na talerzykach często podgrzewane croissanty, neapolitany itp., więc czasem 2 osoby w kolejce potrafią 5 minut opóźnić zakup ciapaty, nikomu to nie przeszkadza, w Hiszpanii mało kto się spieszy, jak się ktoś spieszy to raczej nie Hiszpan, oni mają we krwi spokojne wykonywanie czynności.

Po śniadanku już powoli się szykujemy do opuszczenia domku, dzisiaj pogoda super, wczoraj lało wieczorem dosyć mocno. Dzisiaj zapowiada się elegancko, cieszymy się że przez 14 dni tylko jeden tak naprawdę był cały pochmurny…

DSCN1294 DSCN1291

Październik 2014

Wodospady D’Algar

130 km drogi
Jedziemy autostradą AP-7 w stronę Alicante i Benidormu, wycieczkę do wodospadów możemy połączyć z opisaną wcześniej wycieczką do ruin twierdzy Guadalest, którą również polecam odwiedzić ze względu na niesamowite widoki. Autostrada nie jest w tej części płatna, ale tym lepiej. Warto jednak nie przekraczać zbyt często 120 km/h, bo mandaty w Hiszpanii są niestety bardzo wysokie. Tak więc jedziemy około godzinkę autostradą. Trasa jest łatwa, więc nie będę jej tutaj opisywał. Na miejscu jest sporo parkingów, w większości płatnych w sezonie, a poza sezonem zamkniętych. Musieliśmy szukać bezpłatnego parkingu, troszkę poniżej wodospadów. Koszt wejścia to 4 Euro od osoby dorosłej. Wodospady są chyba w każdym kraju i w swoim życiu widziałem ich już dziesiątki, przez co nie podchodziłem do tego zbyt entuzjastycznie. Mimo to nie rozczarowałem się, widoczki pierwsza klasa: czyściutka woda i zieleń wokoło, niebo idealnie niebieskie. Czy są lepsze warunki do zdjęć i filmików? W kilku miejscach można zeskoczyć z przygotowanej skoczni do zimnej, głębokiej wody. Też postanowiłem skoczyć, patrząc jak robią to dzieci. Było to za łatwe… Kawałek dalej można też podpłynąć pod wodospad. Woda była zimna (około 16 stopni), ale temperatura powietrza koło trzydziestki. I to w październiku! Zimno tylko na początku, potem organizm się przyzwyczaja, ale bez ruszania się w wodzie można dostać hipotermii. Człapaliśmy jeszcze po terenie wodospadów, w kilku miejscach można wejść do płytkiej do kostek wody i iść przez jakiś czas, to bardzo orzeźwiające. Niby takie sterylne, czyste miejsce, ale ludzie zachowują się na luzie, miejscami wręcz biwakują. Najważniejsze, że miło i przyjemnie spędziliśmy czas.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

Kwiecień 2014

Wycieczka na błota solankowe.

Dojazd zajmuje około 30 minut.
Jedziemy trasą N-332 w stronę Cartageny, mijając bardzo ładnie położone plaże Campoamor oraz Mil Palmeras, na które regularnie jeździmy pływać i opalać się. W miejscowości San Pedro del Pinatar skręcamy w stronę morza, a następnie kierujemy się do Lo Pagan. Zaparkować można praktycznie wszędzie. Nigdzie nie zauważyłem też, by były pobierane opłaty za parking. Zabieramy ręczniki i idziemy w stronę morza.

Miejsce zwane Mar Menor to z jednej strony laguna, a z drugiej zatoka wychodząca na otwarte morze. Jest druga połowa kwietnia i bardzo mało turystów. Robi się coraz cieplej, co zachęca nas do zejścia z drewnianych pomostów do wody o dziwnym kolorze. Jej temperatura była orzeźwiająca, ale piasek na dnie bardzo ciepły. To niesamowite uczucie – w chłodnej wodzie ciepły piach, a w zasadzie błoto, w które można zapaść się do kolan. Widzę dwie panie, które rękami wyciągają z wody ciemną maź i smarują się dosłownie całe (również twarz), wyglądając przez to jak osoby z plemienia Unta Bunta z National Geographic.

Nasza przyjaciółka Wiola robi to samo, jednak ja i Dorotka nie jesteśmy tak dzielni. Tylko ręce smaruję ciemną, ciepłą i śmierdzącą mazią. Kolejnym etapem jest suszenie. Już wiem, dlaczego całe pomosty pokryte są ciemnym piachem – wysychająca maź zamienia się w czarny piasek. Proces suszenia zależy od grubości warstwy mazi oraz wiatru i słoneczka. Generalnie do 30 minut błoto na skórze wysycha i należy wejść do bardzo słonej wody, by się opłukać. Warto też wziąć ze sobą butelkę czystej wody, ponieważ na skórze pozostaje sól. Niestety zapach siarki i czegoś jeszcze zostaje na długo, w naszym przypadku zabraliśmy go do domku wraz z bardzo śmierdzącymi ręcznikami. Mimo wszystko właściwości leczniczo-odmładzające śmierdzącej mazi nie podlegają dyskusji. Wiola po kąpieli w domu miała skórę delikatną jak niemowlę. Wielu zmęczonych po zawodach golfistów regeneruje w ten sposób łokcie i nadgarstki, umożliwiając sobie dalsze uprawianie tego ciężkiego sportu. Jego popularność w okolicy jest ogromna.

Wracając do domu postanowiliśmy jeszcze kiedyś tam pojechać i porządnie obsmarować się mazią. Wycieczka była udana. Jedynym kosztem było paliwo, bo korzystanie z błotnych lagun jest bezpłatne.

błota SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

 

 

 

 

 

 

Gokarty

Czas dojazdu: 5-10 minut
Muszę przyznać, że dałem się skusić… Zdarzyło mi się nie raz, że od znajomych słyszałem, jak tu czy tam jeździli na gokartach. Wiem, że to nie moja bajka – za mało miejsca przy moim 191 cm wzrostu i po prostu się nie mieszczę w tym badziewiu. W każdym razie postanowiłem spróbować, odwagi dodała mi spora ilość winka wypitego do obiadu. Tor gokartowy w Torrevieja jest naprawdę wielki, a pas ruchu tak szeroki, że kilka gokartów może jechać w bezpiecznej odległości obok siebie. Poszliśmy z Olą do recepcji i wypożyczyliśmy na 10 minut dwa gokarty. Nie ukrywam, że wziąłem największą i najmocniejszą Hondę, a dla Olki nieco mniejszą maszynę. Po założeniu kasków ruszyliśmy. Tor był pusty, bo w kwietniu jest bardzo mało turystów. Szaleństwo trwało całe 10 minut, nie oszczędzałem maszyny, lądując kilka razy na bandach z gumowych opon po tym jak okręciło mnie parę razy wokół własnej osi na zakręcie. Nikt się nie czepiał ani nie zwracał uwagi, że przy każdym zakręcie z opon dochodził głośny pisk i dym, a momentami wręcz ogień. Tak właśnie powinno być – jak zabawa to zabawa, a nie jakieś durne ograniczenia. Nie żałowałem wydanych pieniędzy, choć nie jest to tanie. Jednak daje znaczną dawkę adrenaliny, dlatego przy każdym wyjeździe do Hiszpanii warto zaszaleć na gokarcie choć raz – takie było moje postanowienie.
Dodatkowo przy torze gokartów w Torrevieja znajdują się inne atrakcje dla młodszych dzieci, jak tor mini quadów i wiele innych rozrywek. Ceny uzależnione są od rodzaju atrakcji, najdroższe są gokarty (od 20 Euro wzwyż), zabawa dla najmłodszych kosztuje 2-3 Euro.

2014-04-21 15.30.12 olusia krzys gokart

 

Listopad 2013

Twierdza Guadalest

130 km drogi
Jedziemy tak samo jak do wodospadów, oba miejsca są oddalone od siebie około 20 km. Można się więc nad tym zastanowić. Ci, co mnie znają, wiedzą, że nie jestem entuzjastą łażenia po muzeach i oglądania obrazów czy innych zacnych arcydzieł. Lubię przestrzeń, przyrodę, dobre wino… Ale do rzeczy. Zamek jest wewnątrz mały, ale samo jego położenie… Po prostu czapki z głów dla budowniczych. Przepiękne widoki rozpościerają się już znacznie przed dotarciem na miejsce. W Guadalest znajduje się mnóstwo miejsc widokowych zapierających dech w piersi. Wejście do zamku kosztuje 4 Euro, można co nieco zobaczyć, a przygoda trwa około 30 minut. Byłem, widziałem, bliski kontakt z historią zaliczony. Po wyjściu okazało się, że cała ulica przed zamkiem to bary tapas i sklepiki regionalne, a ceny nawet sensowne. Można tam znaleźć wina, miody, chorizo i wiele innych, lokalnych produktów, których warto spróbować.

DSC_3490 DSC_3497 DSC_3498 DSC_3524 DSC_3527 DSC_3530